Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 113 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wielcy Gdańszczanie

poniedziałek, 25 stycznia 2010 17:14

 

 

Van den Blockowie


Flamandzka rodzina rzeżbiarzy,  architektów i malarzy.

Rada Gdańska pragnęła uczynić miasto Gdańsk ośrodkiem dorównującym świetnością innym miastom europejskim.  W tym celu poczyniono dużo starań w sprowadzaniu znanych mistrzów i artystów niderlandzkich na przełomie XVI i XVII wieku. Należała do nich rodzina Van den Block.


Herb Gdanska w Sali Czerwonej (fot. M. i A. Grzegorczyk)

Od 1584 r. zamieszkał w Gdańsku Wilhelm van den Block, wybitny rzeżbiarz, nieco wcześniej przybył zapewne jego brat Egidiusz również  rzeżbiarz , który prawa miejskie uzyskał w 1573 r.

Jako malarz zasłynął Izaak van den Block (1567 - 1626).

Autor słynnego malowidła na plafonie Sali Czerwonej Ratusza Głównomiejskiego, do których należy np.słynna alegoria Apoteoza łączności Gdańska z Polską, żródła dobrobytu Gdańska Anno Domini 1608. Umieszczona sentencja „Coelesti iungimur arcu" podkreśla nierozerwalną łączność Gdańska z Polską. Znajduje się w centrum o owalnym kształcie. W latach 1604 - 1608 Izaak zapełnił strop tej sali 25 nowymi malowidłami w miejsce dotychczasowych wykonanych przez Vredemana de Vriesa, którego Izaak był uczniem. 17 emblematycznych malowideł przedstawia program odwołujący się do historii starożytnej i biblijnej, głoszący głównie stoickie cnoty i określający ich powinności wobec miasta ( T.Grzybowska). Trzy historie autor zaczerpnął z programu starożytnego Rzymu, jedna z Grecji, trzy obrazy nawiązują do historii biblijnej, jeden mitologicznej. Reszta to emblematy zaopatrzone w pisemne sentencje.

 

Apoteoza Gdańska

 

 

 Sala Czerwona Ratusza Głównomiejskiego w Gdańsku, przeznaczona na posiedzenia Rady Miasta. Fot. A. Firynowicz , B. Jędrzejowska

 

 Schemat stropu Sali Czerwonej (wg. E. Iwanoyki)

                                                                                                                                                                                                                                 W latach 1611 - 1614 namalował Izaak jeszcze pięć obrazów o alegorycznej treści, dostosowanych swym półkolistym kształtem do zarysu na ścianie sklepień krzyżowych w Małej Sali Rady. Odnowił XVI wieczny ołtarz główny w kościele Mariackim.

W malarstwie gdańskim zajął Izaak van den Block (J. Habela) miejsce pomiędzy Janem Vredemanem a Móllerem, przy czym w pierwszej ćwierci XVII w. to właśnie on , Antoni Móller i Herman Han byli trzema najwybitniejszymi malarzami w Gdańsku, którzy realizowali czołowe zamówienia miasta.

Izaak współpracował ze swoim bratem Abrahamem przy przebudowie Dworu Artusa, malując fasadę i fragmenty kamieniarki. Miał udział w malowaniu i złoceniu fasad i kamieniczek gdańskich oraz w przyozdabianiu wnętrz domów patrycjuszowskich .

Niemniej sławnym jest Abraham van den Block urodzony w 1572 r. podczas pobytu rodziców Królewcu. W 1596 r. otrzymał obywatelstwo gdańskie i rozpoczął samodzielną działalność kamieniarską. Pierwszym dziełem było wykonanie ołtarza głównego w kościele św. Jana w 1598 r. Było to dzieło architektoniczno - rzeżbiarskie jakiego dotąd w Gdańsku nie było. Ołtarz był gotowy w 1611 r. Rada Miasta doceniła go mianując na stanowisko miejskiego rzeżbiarza i kamieniarza. W tym czasie miasto podjęło olbrzymią inwestycję jaką była budowa Wielkiej Zbrojowni w latach 1601 -1609


Wielki Arsenał

 To najwspanialsze dzieło renesansu niderlandzkiego w Gdańsku , projektu architekta miejskiego Antoniego van Oberghena, realizował pod nadzorem autora budowniczy miejski Jan Strakowski. Wspóludział w kierowaniu pracami rzeżbiarsko - kamieniarskimi miał Abraham i Wilhelm Bart van den Blockowie.

Bogaty wystrój reprezentacyjnej głównej elewacji wschodniej , z doskonałymi akcentami plastycznymi przed fasadą - był dziełem Abrahama. Po śmierci van Obberghena w 1611 r. Abraham van den Block objął urząd budowniczego miejskiego. Trzecim wielkim dziełem Abrahama było wzniesienie, według własnego projektu, reprezentacyjnej Bramy Długoulicznej, nazwanej póżniej Złotą. Stanęła ona w latach 1612 - 1614 w miejscu dawnej gotyckiej.

 

 Złota Brama

 

Kolejnym zadaniem  było nowe ukształtowanie Dworu Artusa w latach 1616 - 1617.

 

 Neptun   ok.1633 - rycina z kroniki Reinholda Curickiego z 1687r.

 

 Dwór Artusa w XVII w.



 Ze zbiorów BG PAN sygn. Alf III/154/5

 


Nagrobek Bahrów, Abrahama van den Blocka z kościoła N.M. Marii w Gdańsku ok. 1620. Fot. M. Klat


Dorobek Abrahama van den Block jest olbrzymi. Wykonał wiele ozdobnych nagrobków i epitafiów np. znajdujących się w kościele Mariackim w Gdańsku. Otrzymywał zlecenia od wielu znakomitych klientów. Zmarł 31 stycznia 1628 roku w wieku 56 lat. Pochowany został w kościele Mariackim. Swego ojca Wilhelma przeżył o dziesięć dni. Dzieci miał ok. 14 ( trzy razy żonaty) . Trzech synów kontynuowało zawód ojca, ale żaden nie dorównał ojcu. Abraham swoją 30 - letnią działalność poświęcił przede wszystkim Gdańskowi. W rodzinie Blocków działał również Jakub van den Block 1577 - 1653. Zajmował się przede wszystkim konstrukcjami dachowymi. Ten miał 12- cioro dzieci. Jakub był mistrzem zdolnym i biegłym w swoim zawodzie. Był ceniony w Gdańsku.


oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Karnawał...bale...uczty...

środa, 20 stycznia 2010 16:27

Uczta stulecia

 

Na wieży gdańskiego ratusza zegar wybija północ, wówczas stojący na swojej fontannie goły Neptun zaczyna się wolno przeciągać, rozprostowując zesztywniałe członki, mięśnie, wyginając ciało to w lewo to w prawo, następnie kilka przysiadów i szeroko rozkłada ręce. Widząc to król Zygmunt umieszczony na wieży ratusza, pozdrawia Neptuna tymi słowy: Na zdrowie , królu morza!. Neptun zauważa króla odzianego w złoty płaszcz na samym szczycie wieży pod niebem. Wówczas Neptun podpierając się żelaznym trójzębem, przesadził ozdobną kratę i pomaszerował na sam środek Długiego Targu. Zbliżywszy dłonie do ust, począł wołać do króla stojącego na szczycie.

 

Studnia Neptuna na Długim Targu zbudowana w latach 1606 - 1633. Posąg Neptuna - wykonany przez Piotra Huscena - odlany został w brązie w 1615 r. w warsztacie Gerda Benningka. Fot. E. Kupiecki

 

Gdańskiego Neptuna postaram się nieco przybliżyć.

W olimpijskim panteonie bóstw greckich, głównym bóstwem i władcą morza był Posejdon, o czym informują nas poematy Homera. Godność ta przypadła mu w udziale w wyniku głosowania po wspólnym z Zeusem i Hadesem zwycięstwie nad ojcem Kronosem i Tytanami ( W. Dobrowolski). Hellenizacja to jest przenikanie aspektów kultury greckiej na sąsiednie rejony w czasach archaicznych. Takiemu procesowi podlegała również Etruria.

W sztuce greckiej Posejdon jest obecny od VI wieku p.n.e. Etruskim odpowiednikiem Posejdona jest Nethuns. Liturgia związana ze świętem Nethunsa opisana w księgach wskazuje, że święto obchodzono 26 września. Zapożyczenie tego boga przez Rzymian nastąpiło gdzieś na początku IV wieku p.n.e. O zależności etruskiego Nethunusa od łacińskiego Neptuna  nie wiadomo zbyt wiele. Neptunalia odbywały się w Rzymie  23 lipca. Wydaje się, że przynajmniej od czasu pierwszego lectisternium z 399 r. p.n. e., jego natura i funkcje pokrywały się zasadniczo z charakterem greckiego Posejdona. Posejdon skupiał cechy niszczycielskie i pozytywne. Jak każda władza , której autorytet polega na podwójnym działaniu siły i łaskawości, grożby i pochwały, nagrody i kary. Jego trójząb potrafi nie tylko wzburzyć fale, zatopić okręt, rozbić przybrzeżne skały, ale jak cudowna magiczna laseczka, uwolnić okręt z mielizny. Głosowi boga Neptuna posłuszne są wszystkie fale morskie. O tym wiedzą wszyscy gdańszczanie, którzy obcują z  Nim na co dzień. 




Fontanna Neptuna na Długim Targu  i...białogłowa.

 

Hej królu, wielki królu, zeskocz szybko z wieży!

Sto lat mija właśnie, Gdańsk do nas znów należy!

 

Ratusz Główny, król Zygmunt na szczycie, ulica Długa. Fot. E. Kupiecki



Król natychmiast zeskoczył do Neptuna, otulając go królewskim płaszczem, gdyż jak wspomniano Neptun był goły. Już ocknęły się dwa kamienne lwy strzegące herbu Gdańska przed Dworem Artusa. Łaszą się i skaczą wokół Neptuna i króla Zygmunta niby koty. Neptun i król  Zygmunt siadają na lwich grzbietach i paradują poprzez uliczki i placyki, a w ciszy nocnej rozlega się ich głośne wołanie:

 

Śpieszcie się ludzie wyrzeżbieni,

Bogowie z brązu i z kamieni;

Bo uczta w Artusowym Dworze

Tylko do trzeciej trwać dziś będzie!

 

Wszystkie figurki wokół zaczęły się poruszać, szleszcząc, skrzypiąc i trzeszcząc. Wszystkie zeszły na dół, a były u góry na domach co najmniej od stu lat. Gęsty tłum najrozmaitszych istot kroczy w stronę Dworu Artusa. Na progu już czekają kamienni rycerze z wyciągniętą bronią. Wszystkie te postacie budzą się na kilka godzin do życia.

Święty Jerzy walczący na swym koniu ze smokiem wbija z całą siłą swój drewniany oszczep w gardziel podstępnej bestii, by nikomu nie mogła już szkodzić, podnosi drżącą ze strachu królewnę, sadza ją przed sobą na rumaku. Gdy pod łukami Zielonej Bramy przegalopuje ostatni rogacz, z Dworu Artusa dobiegać zacznie już wesoła muzyka. Jak w zaczarowanej bajce , same nakrywają się długie stoły dębowe, coraz cięższe od najrozmaitszych potraw, trunków i naczyń. Pobrzękują złote i srebrne sztućce, dżwięczą kryształowe puchary, a także wielkie cynowe kufle, którymi ucztujący co rusz trącają się nawzajem.




Św. Jerzy z Dworu Bractwa Kurkowego. Fot. E. Kupiecki



Budynek Bractwa św. Jerzego, budował J. Glotau, 1487 - 1494, fot. E. Kupiecki

Wodzirejem balu jest święty Jerzy, któremu niezbyt kwapiło się do nieba, skoro odprowadziwszy orszak świętych do Zielonej Bramy, czym prędzej wrócił do swoich starych znajomych. To on jest właśnie gospodarzem nie tylko Strzelnicy Św. Jerzego, ale i Dworu Artusa. Wraz z królewną przemierza salę, za nimi ustawiają się kolejne pary taneczne. Królowi Zygmuntowi towarzyszy bogini sprawiedliwości. Neptun prowadzi smukłą boginię szczęścia. Bóg wojny szczękając bronią , kłania się bogini Atenie, co opuściła na tę noc niszę fasady Wielkiej Zbrojowni.                                                                                                                                                                                       




Neptun nocą.

Słudzy wciąż krążą po sali w błękitnych i lśniących kostiumach. Podają coraz to nowe półmiski z karpiami, węgorzami, z łososiem i homarami. Leje się rzeka ognistego wina wprost z wytoczonych z ratuszowej piwnicy ogromnych beczek. Lwy przechadzają się całkiem spokojnie między łaniami, wilki wśród jagniąt - nie czyniąc im najmniejszej krzywdy.

W wielkiej sali Dworu Artusa wrzawa, każdy bawi się znakomicie. Rycerz Jerzy puka głośno pierścieniem szczerozłotym w kryształowy puchar. Ucztujący słuchają:

  

Sala wielka Dworu Artusa. (Ze zbiorów Muzeum Narodowego w Gdańsku.)

 - Jakże nas silnie z Gdańskiem los zjednoczył,

Zdobimy gród ten na większą jego chwałę,

Stoimy wciąż pewnie, choć wiatr dmie nam w oczy,

Gdyż miasto dba o nas przez wieki całe.

 

Nie ma już rzeżbiarzy, co nas tworzyli,

Lecz pamięć o nich przecież nie zaginie.

Każdy z wdzięcznością niech puchar wychyli,

Bo zasługują na to w tej godzinie.

 

Spełniamy toast za tych , co tu rządzą,

Od dawien dawna, starym obyczjem,

Niech długo żyją i nigdy nie błądzą,

Roztropni Gdańszczanie wraz z całym krajem.

 

Zabawa coraz weselsza. Zarzuciwszy sobie ręce na ramiona , tak jak czynić to zwykli marynarze, Neptun z Marsem śpiewają beztrosko:

 

 Pijmy, bracia, do woli! Bo choć noc to krótka,

Ze studni Neptunowej płynie złota wódka.

 

Na drugim końcu sali rozlega się pieśń żołnierzy, co zeszli ze szczytów gdańskiej Zbrojowni.

 

My najdzielniejsi z żołnierzy

Pić umiemy jak należy.

 

 Nie lękamy się nikogo,

Karać też umiemy srogo.

 

 Wyglądamy doskonale,

Bo mieszkamy w arsenale.

 

 Oko błyszczy, wąs faluje,

Nikt nam tu nie dorównuje.

 

 Kochać potrafimy szczerze,

 

 Gdyż zuchwali z nas rycerze.


 
Miłują nas panny, damy,

Wiecie zresztą sami,

 

 Spełnić pora toast nowy,

Niechaj żyją białogłowy!



 
Uczestnicy wspaniałej biesiady, trochę smutni, zaczynają się rozchodzić, każdy w swoją stronę. Szybko zajmują opuszczone przed trzema godzinami miejsca, a ich ciała znów stają się ciężkie jak kamień. Zamierają w bezruchu tak wesołe i ruchliwe jeszcze przed chwilą figury.  Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszędzie powraca dawny porządek. Wraz z ostatnim trzecim, uderzeniem wielkiego dzwonu zegarowego dobiega końca wielka uczta stulecia. Sto lat minąć musi, by wszystko znów się powtórzyło.

 Żródlo: J. Samp, Legendy Gdańskie i E. Faber von Bockelmann, Geisterspuk auf dem Langen Markt.



Izba proboszcza przy kościele św. Barbary (1868), obraz :J.C. Schultz


Obiad u prymasa Gabriela Podoskiego w Gdańsku w 1773 r., który przeszedł do historii z powodu niemoralnego trybu życia.

      Sielanka

 

Czeremchy pachną - i żabki grzechocą...

I błyskawice zdala gdzieś migocą...

I znowu wracasz z twym urokiem wiosno!

Za cóż ja patrzę duszą tak żałosną

Na twoje czasy? I cóż mnie tak smuci?

Co mi świat zabrał - jaskółka nie wróci.

 

Wśród czarów ziemi i żywego tchnienia

Stoję jak więzień pośrodku więzienia -

I nie wiem, w jakąby się puścić drogę...

Bo zaklęć czarów wymówić nie mogę -

I komuż za to będę się już żalił?

Czy wiosna wróci to, co piorun spalił?

 

Pachną czeremchy...i liść młody szumi...

Lecz bolów serca wiosna nie rozumi -

I płynie strumień mrucząc, jak łza czysty...

W gwiazdy się stroi nieba sklep wieczysty...

Za cóż się serce w tym pokoju smuci?

Co mi grób zabrał - wiosna nie powróci

  Wincenty Pol, maj 1865

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wielcy Gdańszczanie

poniedziałek, 18 stycznia 2010 17:18

 

Volckmar Mikołaj


 Lektor języka polskiego w Gdańsku na przełomie XVI i XVII w.

Autor podręczników służących nauce języka polskiego. W tamtych wiekach w Polsce, aż do czasu Komisji Edukacji Narodowej w zasadzie królowała wszechobecna łacina. Językiem nauki była łacina. W Gdańsku natomiast,  kupcy do prowadzenia interesów ze szlachtą polską i kontaktów z ludnością okoliczną,  potrzebowali znajomości języka polskiego. Dlatego już w XV wieku uczono tego języka jako samodzielnego przedmiotu. Język ten używano w głoszonych kazaniach, oraz dla w kontaktach z królem, sejmem i kancelarią królewską. (Przykładem może być opisany wcześniej Dantyszek). W Gdańsku wówczas (M. Bogucka) istniało sześć miejskich szkół podstawowych - czyli jak wówczas mówiono - „trywialnych"; powstały one z piętnastowiecznych przykościelnych szkól parafialnych. Uczono tu obok katechizmu sztuki czytania i pisania w języku łacińskim ( stąd często nazwa : „szkoła łacińska". Uczono ponadto śpiewu, a uczniowie wraz z pedagogami byli obowiązani występować co niedziela na chórze kościelnym. Szkołą „trywialną" kierował rektor mający do pomocy kantora i jednego lub dwóch bakałarzy. Oprócz pensji otrzymywali zwyczajowo opłaty od rodziców uczniów. Nauczycielom nie powodziło się najlepiej. Największy rozkwit szkół gdańskich przypada na przełom XVI i XVII wieku. Szkoła trywialna pomyślana była jako wstęp do dalszej nauki. Na terenie miast Pomorza doskonalono naukę z języka polskiego, natomiast języków obcych uczono się na studiach zagranicznych w: Anglii, Francji, Holandii i Niemiec. Obok sześciu szkół miejskich istniało w Gdańsku w tamtym czasie kilkadziesiąt podstawowych szkół prywatnych różnego typu. Były szkoły polskie popularne w kręgach mieszczaństwa stykającego się na co dzień z okolicznymi handlarzami czy też z flisakami. 

Autor Historii Gdańska G. Lóschin  (Geschichte Danzigs) w 1828 roku napisał: „W ustach ludu gdańskiego język polski musiał być wówczas równie zwyczajnym w użyciu, jak niemiecki, skutkiem czego w wielu kościołach , zwłaszcza św. Jakuba, św. Bartłomieja i św. Katarzyny, odbywały się kazania polskie, w XVII i XVIII w. znajomość zaś języka polskiego była dla każdego gdańszczanina wręcz niezbędna, tak że synowie najpierwszych rodzin gdańskich [...] posyłani byli na jakiś czas do któregoś z małych miasteczek lub wiosek okolicznych, gdzie wyłącznie polska panowała mowa".                                                

 Nawet w gdańskich szkołach - internatach uczyli się polskiego języka chłopcy z Lubeki, Rygi i innych miast. W roku 1663 wizytatorzy delegowani przez Radę Gdańska tylko na Głównym Mieście znależli 33 szkoły prywatne z 842 uczniami ( w tym 120 dziewcząt). Czuwało nad szkołami, zarówno miejskimi, jak prywatnymi, ciało zwane Collegium Scholarchalae. W skład jego wchodzili sam burmistrz i trzech rajców. Jak z tego wynika, przywiązywano najwyższą wagę do tego rodzaju oświaty. Funkcje burmistrza i rajców pełnili zawsze ludzie wybrani o najwyższym europejskim  poziomie edukacyjnym. Pod zarządem tym znajdowało się także słynne Gdańskie Gimnazjum  Akademickie. Gimnazjum to stanowiło wstęp do dalszych studiów uniwersyteckich na uczelniach Niemiec, Anglii, Francji, Holandii i Włoch. Od absolwentów tych uczelni oczekiwano dobrego służenia „ Bogu i Ojczyżnie". Tak prawie zawsze było.

Prowadzone nauczanie indywidualne języka polskiego okazało się niewystarczające i od końca XVI w. włączono język polski do programów szkól prywatnych, parafialnych i Gimnazjum. Na potrzeby nowych lektoratów Piotr Statorius wydal w 1568r. pierwszą gramatykę, pięć następnych zaś ukazało się w Gdańsku. Po utworzeniu klasy języka polskiego w Gimnazjum, pierwszy profesorem został poeta Jan Rybiński. W 1589 r. wygłosił  po łacinie (!) mowę inauguracyjną „ O zaletach i pożytku języków w ogóle, a języka polskiego w szczególności". Nauczycielami języka polskiego w Gdańsku byli ludzie różnych narodowości. Rybiński wprowadził Reja i Kochanowskiego do kanonu lektury szkolnej, upowszechniał w Gdańsku szczytowe osiągnięcia polskiego Odrodzenia ( Historia Gdańska t.2).  Jednym z pierwszych w XVI w. był Volckmar Mikołaj,  pochodzący z Hesji  był Niemcem. Wcześniej uczeń Gimnazjum Gdańskiego od 1589 r., gdzie dobrze opanował język polski. Nauczycielem jego był Jan  Rybiński. Początkowo prywatnie uczył łaciny i polskiego. Na wniosek rodziców powierzono mu lektorat języka polskiego w Gimnazjum. Borykał się z brakiem podręczników w tym języku tak dla nauczycieli jak i dla uczniów. Zapotrzebowanie na polskie książki było ogromne. W tej sytuacji sam postanowił napisać podstawowe podręczniki, znajdując zrozumienie i poparcie burmistrza Gerharda Brandes. Ponadto, przejął rolę kaznodziei polskiego w kaplicy św. Anny. Jako pierwszą napisał w 1594 r. gramatykę polską pod tytułem „ Compendium linguae polonicae" . Była bardzo popularna i przystępnie opracowana w formie podstawowych pytań i odpowiedzi. Wydawano ją wielokrotnie. Następnie napisał słownik trzyjęzyczny w łacińskim, niemieckim i polskim, „ Dicktionarium trium linguarum" . Słownik ten również wielokrotnie wznawiano. Największy rozgłos Volckmar uzyskał po napisaniu rozmówek pt. „Viertzig Dialogi". Wydanie wznawiane było siedemnaście razy. Dialogi są to rozmowy prowadzone podczas zakupów, spławianiu zboża do Gdańska i targu z kupcem o cenę, pogodzie, posiłkom, nowinom, wojnie, rolnictwu, kupiectwu, budownictwu, chorobom, kościołom, podróżom , śmieci. Volckmar przyczynił się do popularyzacji języka polskiego, dał opis gramatyczny i leksykograficzny. Zawdzięcza się jemy pierwsze podręczniki szkolne w języku polskim w Gdańsku.

Mikołaj Volckmar zmarł w 1602 r.

Tomik opracowany przez M. Babnis pod tytułem: Gdy na folwark jadą , zawiera wyborny zbiorek rozmówek Mikołaja Volckmara np.:

 

W stodole

 

Panie dworniku, otwórz mi gumno. A co leży w tym sąsieku?

Panie pszenica, żyto, jęczmień, owies, groch, proso, tatarka, ozimina jarzyna.

-A nie masz więcej, jedno tyle?

-drugie już jest wymłócone i leży na piętrze.

-A wieleż go może być?

-Kilka łasztów. Szczury mi wielką szkodę czynią.

-A nie możesz temu zabieżeć?

- Niechaj zagrodnicy ostatka domłócą, a kmiecie niechaj zawiezą do miasta.

 

W browarze

 

- Idż do mielcucha, a patrz , jeśli tam mielcarz.

-Mielcarzu, a co robisz?

-Zalewam słód.

-A ty mielcarzu, co robisz?

-Warzę piwo.

- A wiele słodu masz?

- Jużci nie masz ani słodu, ani chmielu, terazem wziął ostatek.

 

Na ryby

 

- Dzieci, wziąwszy sieć zabrnicie w sadzawkę, abo kaszerem do sadzu po ryby.

-Czuje iże są ryby.

- Wara , byś nie zawadził, bo tu niedaleko leży pniak, mijajże go.

-Rychło wyciągni na brzeg.

-Jakoście tę sieć tak szkaradnie potargali. Wielkie zanieś do kuchni, a małe puść zasię w wodę, niechaj urosną wielkie.

Wypłóczcie sieć, a zawieście ją na płocie, żeby uschła.

 

Wesele

 

„Dziś będzie znamienite wesele.

Kto będzie miał wesele?

Zacny szlachcic (ziemianin)

Pocciwy szlachcic /ziemianin/

/rzemieslnik,/ gbur, /żołnierz

Kupiec jeden bogaty, dziewke

Swoje wydaje y wyprawnie

Jey wolne wesele

Stara baba bierze młodego chłopa

Co jeszcze wąsika nie ma

Moglaby być matką jego

Stary siwy człowiek poymuje

Młodziuchną dziweczkę

O ośminascie lat

Będzie tam śmiechu dosyć

Chłop młody poymuje stara

Zgrzybiała babe co y zeba

W gębie nie ma

Podobno pieniądze jey poymuje

Nie potrzeba żartować wszystko

Bo może być

U poydziesz też  na wesele?

A proszono cie?

Kogo nie proszą, tego wynosza."

 

 

 

 

 


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wielcy Gdańszczanie

piątek, 15 stycznia 2010 15:48

Jan Dantyszek (1485 - 1548), dyplomata, poeta i biskup warmiński.

 
Urodził się w Gdańsku 1. XI. 1485 r. Edukację elementarną rozpoczął w siódmym roku życia czyli w 1492 r. W okresie dzieciństwa przejawiał cechy lekkomyślnego, krnąbrnego i rozpuszczonego przez rodziców najstarszego syna. Wałęsał się nocną porą po przedmieściach i zakłócał spokój społeczny mieszkańców. Takim pozostał jeszcze przez długie lata. Właściwie wywodził się z rodziny niemieckiej o nazwisku rodowym von Hófen. Jego ojciec w Gdańsku przyjął nazwisko Flaschbinder, do końca nie wiadomo dlaczego. Wpis Dantyszka w albumie Akademii Krakowskiej , gdzie Dantyszek studiował w latach 1500 - 1503  figuruje następująco: „ Johannes Johannis de Gdano" ( Jan, syn Jana z Gdańska). Dantyszek nie zrezygnował ( wg. Z. Nowaka) z żadnej z obu form swego rodowego nazwiska. Jak przystało na człowieka renesansu i humanisty, nazwisko rodowe von Hófen przekształcił na „ de Curiis", zaś przybrane póżniej przezwisko dziadka i ojca Flaschbinder pisał z grecka „Linodesmon". Od swego miejsca urodzenia zwał się „Dantiscus". Ta ostatnia forma była najczęściej używana w dokumentach pisanych i od niej urobiono po latach polski odpowiednik - Dantyszek. Kończąc w 15003 roku studia w Krakowie uzyskał bakalaureat, czyli pierwszy stopień akademicki. Podczas pobytu w Krakowie należał do klubu „ opilców i ożralców" , tym samym wszedł w krąg klimatu intelektualnego oraz atmosfery artystycznej renesansowego Krakowa. W czasie studiów związał się Dantyszek z dworem królewskim Jana Olbrachta i brał udział w wyprawach wojennych przeciw Tatarom i Mołdawianom. Od 1504 roku był sekretarzem króla Aleksandra Jagiellończyka i zarazem ekspertem w sprawach pruskich. W latach 1505 - 1506 odbył podróż po Europie i odwiedził też Palestynę. Następnie jako sekretarz króla Zygmunta Starego brał udział w wielkich akcjach politycznych. Uczestniczył w zjeżdzie monarchów w Preszburgu i w Wiedniu w 1515 r. Dał się poznać jako zdolny dyplomata i gorący rzecznik polskiej racji stanu. Zasłużył się w doprowadzeniu do hołdu pruskiego w 1525 r. Dantyszek odbył wiele misji dyplomatycznych ja: do Austrii, Niemiec, Włoch, Hiszpanii, Anglii i Belgii. Dzięki tej działalności dyplomatycznej, Dantyszek poznał wiele krajów i ośrodków nauki i kultury. Poznał wybitnych polityków, uczonych, pisarzy takich jak: Maksymilian I, Karol V, Franciszek I, Erazm z Roterdamu, Marcin Luter, Filip Melanchton, Tomasz Morus, Hernan Cortez, Robert Bartholini i Jan van der Campen. Prowadził bujne życie towarzyskie i romansował np. z Perłą, Gryneą, Dorotą, Prosperą Lyncken. Najtrwalej związał się z Hiszpanką Izabelą del Gada, z którą miał syna i córkę Juanitę.  W połowie 1532 roku powrócił do kraju i przyjął święcenia kapłańskie.  Już w 1537 roku uzyskał biskupstwo warmińskie. Dał się poznać jako mecenas nauki i sztuki. Jako zwierzchnik Mikołaja Kopernika znał jego plany naukowe i popierał je. Bardzo wysoko cenił Kopernika.  Dantyszek będąc biskupem warmińskim, wespół z przywódcą kontrreformacji polskiej Stanisławem Hozjuszem zaciekle zwalczał tolerancję religijną i ostro pilnował celibatu księży. Jako poeta opublikował 30 łacińskich utworów. Gwałtownie reagował na bujny rozwój reformacji w jego rodzinnym Gdańsku.



Dantyszek zmarł w Lidzbarku Warmińskim 27. X. 1548r. Pochowany został we Fromborku.


oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Karnawał...obyczaje...

poniedziałek, 11 stycznia 2010 22:27

 

 Dla lekkiego odprężenia  przedstawię fragmenty pod tytułem  „ Obyczaje szlachty w dobie saskiej" A. Moszczeńskiego wydane 1838r.

Posąg Augusta III w Dworze Artusa w Gdańsku

Pieśn o Gdańsku(fragmenty)

 

Tuż przy Neptuna wodotrysku

Giełda. Gmach piękny. Na frontonie

Posągi. Któż to? Łowcy zysku?

Maklerzy ? kupcy?... Nie! Miecz w dłonie

Ujęli, grożnie nim wstrząsają

Jakby wołali: „Precz stąd zgrajo!"

 

 I wewnątrz posąg. W górę głowę

Dżwignął i twarzą tłustą świeci...

To wcielon w kształty marmurowe

Król - śpioch, król - sadło: August trzeci.

Półtora wieku w miejscu przestał,

A nikt nie przyjdzie, by piedestał

 

Zmienić mu - mu na stołek! Lecz skąd miłość

W Gdańszczanach dla tej saskiej lali?

Widać, jak Rubens, czcząc otyłość,

Monarchę tego ukochali

Nie dla cnót, nie dla wzniosłej duszy.

 

Inaczej było tu przed laty!

Wrzątkiem uczt kipiał „Dwór Artusa";

Huczały pieśni i wiwaty,

Lamp płomień złocił biel obrusa,

Puhary z winem, brody ryże,

Na białych płaszczach czarne krzyże...

 

Stwierdzam: są smaczne pruskie ciasta,

Dobrze pod pruską spać pierzyną,

Ładem celują pruskie miasta,

Niezłe się trafia w Prusach wino;

Wreszcie ( a to już dziw0 najlepsze

W pruskiej przerobce - polskie wieprze.

        Wiktor Gomulicki 1900r.

 
Za panowania Augusta III kraj cały nie wytrzeźwiał jeszcze, rozpojony pod Augustami. Wszystkie najważniejsze interesa, tak publiczne jako i prywatne, miedzy świeckimi jako duchownymi, robiły się przy kielichach, drugie zmuszało wszystkich nie oszukiwać kompanii, tak użyciem zafarbowanej wody zamiast wina, jako też wylewaniem na stronę kielichów. Nie było tedy balu, uczty tak magnatów i obywateli świeckiego stanu, jako i duchownych, aby nie wyprowadzano pijanych, nie mogących się utrzymać na nogach, wyzutych zupełnie z przytomności. Jeżeli kto dawał bal lub obiad, a sam nie mogąc pić, nikogo nie zmuszał do kielichów, choćby tyle wina dostarczał, ileby do zalania goszczących wystarczyć mogło, jeżeli gospodarz z siebie przykładu nie dawał, pijąc i do picia nie zniewalał, wtenczas goście nie pili, a powracając, gdy byli zapytani, czy uczta była wspaniałą i hojną, z krytyką odpowiadali: Byłoby wszystko dobrze, bo dodawano dostatkiem wszystkiego, ale cóż potem, gdy przynuki nie było. Każdy gospodarz uczty nie mogący sam pić, prosił na miejscu swojem osobę zdolną spełniania największych kielichów, zachęcać drugich. Tak w miastach jak i na prowincji każdemu oddającemu wizytę przyjmowano z kielichem, jeżeli po obiedzie przyjechał; kto większe kielichy zdołał wypić jednym ciągiem , nie odstawiając od ust, ten zasługiwał na popularność, i stąd robił sobie chlubę, gdy garncowy kielich starego węgrzyna od razu mógł spełnić.

Miały domy kielichy uprzywilejowane, jako to: w domu Sapiehów jest kielich, z którego Piotr Wielki car i August II król polski w Wilnie pili. Gdy ten kielich był dobywany z szafy i wynoszonym być powinien tylko z asystencyą honorową przy kotłach i trąbach. Znałem jeszcze osoby, jako to Komarzewskiego co kosz  wina szampańskiego przez swawolę i żart wypijał w godzinę i nie upijał się.  Za panowania Augustów kto umiał dobrze pić, pewny był fortuny, przyjaciół i honoru. Żona Augusta była córką Leopolda cesarza, siostra stryjeczna rodzona Maryi Teresy, królowej węgierskiej, pani pobożna, świątobliwa i przykładnego życia. Była wzniosła, lubiła przesądy, fanatyzm i hipokryzja, lubo tego początek już miała Polska od założenia klasztorów i oddania Jezuitom edukacji młodzieży. Ci którzy chcieli uzyskać interesowanie się królowej do dostojeństw i urzędów, uczęszczali do kościołów na nabożeństwo, gdzie królowa bywała, tamże wzdychaniem gorąco się modląc, głośnem biciem czoła o ziemię i policzkowaniem się, pewni byli zwrócenia królowej na siebie, a stąd uzyskania jej protekcji, bo miała zwyczaj pytać się o tych, co taką grali rolę; „ co to za jedni?"

 

 O przymiotach Augusta III - Jędrzej Kitowicz

 Był August co do ciała wzrostu wielkiego, a przy tym kształtnego, nicht go z panów nie dosięgał wzrostem, tylko jeden Chodkiewicz, starosta żmudzki, lecz jak wysoki, tak był chudy, gdy przeciwnie August był tuszy do wzrostu proporcjonalnej. Chował przy dworze swoim błazna, czyli trefnisia, który go w melancholicznym humorze będącego, śmiesznymi żarcikami i kuglarskimi figlami rozrywał. Tytuń palił mocno, a najwięcej po biedzie, po którym popijał saskie piwo tęgie i tłuste. Miał jeszcze jedną rozrywkę, nie ze wszystkim przystojną; Kazał przywłóczyć przed okna swego pałacu w miarę strzelania ścierwy zdechłych koni dla zwabienia psów. Te strzelał z wiatrówki, a hycel płatny miesiącami ubite psy co dzień wieczorem wywłóczył z dziedzińca i zakładał nowe ścierwy, z gnatów ogryzionych wyczyszczając dziedziniec.

Jadł tłusto i wiele: kuchnia jego nie miała równej w Europie tak co do wytworności potraw, jak co do wielości ich; kucharzów, kuchcików, posługaczów kuchennych , pomywaczek liczbę do setnej dochodzącą. Toż samo niemal było i w cukierni. Choć sam jeden obiadował, zastawiano jednak przed niego najmniej 20 potraw i po tym wety i cukry. Wina używał mało, lecz za niego pili dobrze dworscy. Zgoła co się tyczy stołu, ten był suty aż do zbytku, iż wszedł przysłowie ( kiedy kto miał dobry obiad) mówić: „Jadłem dzisiaj jak król polski". W dzień 3 Augusta dla samych tylko orderowych dawał król obiad, do którego siadali porządkiem wyżej opisanym. Tego dnia , imieniny królewskie i uroczystość Orderu Białego znaczącego, ubierali się wszyscy w suknie jednakowe, to jest czerwoną wierzchnią, białą spodnią. Lubił ten król strzelanie do tarczy, na którą zabawę o kilkaset kroków od pałacu odległą, nosili go hajducy w lektyce na trzy stacje po dwóch rozstawieni, szybko, choć z ciężarem nie lada jakim centnarowej osoby królewskiej. Kochał także król wielce orkiestrze, czyli kapeli, do której dobierano wirtuozów, śpiewaków i śpiewaczek w całej Europie najsławniejszych. Ta orkiestra grała często królowi na jego pokojach, w dni galowe po kościołach, w których się król na nabożeństwie znajdował. I na operach, dobierając do siebie na wspomniane opery kapelów różnych panów, mianowicie Wielhorskiego, kuchmistrza litewskiego i księcia Czartoryskiego, kanclerza wielkiego litewskiego, tak iż liczba muzykantów grających operę przenosiła 100 osób. Te opery wielkie odprawiały się dwa razy w tydzień, we wtorek i piątek. A lubo dla wielkiego kosztu w odmianie jednę operę grano przez pół roku, po staremu król bywał na każdej punktualnie i nie nudząc się w widoku jednej półrocznej reprezentacji, siedział nieporuszenie przez 3 godziny w loży, a czasem i dłużej. I gdy widział operhazu nie napełnionego spektakorem ( widzami) dziwował się niegustowi polskiemu. Trzeba bowiem wiedzieć, że te opery zawsze za darmo były dawane.

Nie miała Polska i nie będzie miała tak dobrego , tak wspaniałego i tak hojnego króla, jak miała Augusta III; a oraz tak nieszczęśliwego do Polaków, iż mi nic dobrego dla kraju ( choć dusznie tego pragnął) zrobić nie dozwolili, rwąc sejmy ciągle, a wszystkie winę nieładu i nierządu stąd pochodzącego na niewinnego króla składając. Panował August nad Polska lat 30, godzien wspomnienia  słodkiego i pamięci nieśmiertelnej.

...............................................................................................................................................................................................................
Uzupełnię J. Kitowicza a mianowicie:
Za czasów Augusta III w ciągu 30 lat jego panowania doszedł do skutku tylko jeden sejm, pacyfikacujny w 1736 r., zerwano natomiast wszystkie pozostałe w liczbie 13. Raz popsutej maszyny ( E. Rostworowski) nie dało się naprawić w istniejącym społeczno - politycznym układzie.Nadaremnie Sasi starali się zastąpić sejm radami senatu i konferencjami ministrów, na próżno biskupi grozili sankcjami religijnymi przeciw zrywającym sejmy.

Za panowania Jana III i Augustów , nie masz śladu, aby któren świecki lub zakonnik napisał książkę, w którejby była prawdziwa moralna nauka lub uczącej rzeczy jakiej pożytecznej w społeczeństwie. Biskupi zaniedbywali edukacyą księży świeckich, kleryków, którzy wyszli ze szkół od Jezuitów, nic nie umiejąc, seminariów mało było i te bez dozoru. Ci księża lepiej uczeni byli, którzy słuchali u księży Misjonarzy i Teatynów w Warszawie, tych zaś nie wiele było, bo trzeba było mieć do odebrania takowej edukacji majętych rodziców. Księża grecko - unici tem ciemniejsi byli, to jest popi czyli parochowie; ci ledwie że umieli czytać psałterz i mszał, ni moralnej teologii, ni zasad wiary bynajmniej nie znali, pełni  zabobonności i przesądów, do szkół jezuickich nie chodzili, bo tam po rusku nie uczyli i mało ich było. Między popami czyli parochami unickimi prawie nie było szlachty. Popi po większej części byli poddani z tych wsi, w których parochami zostawali. Na Wołoszczyźnie edukowani i na popów wyświęcani byli tak dalece, że między popem, diakiem i chłopem w nauce religijnej i w obyczajach widomej różnicy nie było. Jeżeli któren więcej oświecony znajdował się, to tylko z oficjałów, co się we Lwowie, lub w Poczajowie u Bazylianów edukowali.

Pisali księża panegiryki pełne pochlebstw, książki do nabożeństwa dziwaczne i śmieszne, żywota świętych Polaków, a świętych dlatego, że klasztory fundowali, ogłaszali cuda i zjawienia, np. jakoby jednej figurze Pana Jezusa w Kcyni w Wielkopolsce włosy rosły i że je co rok ustrzygać musza, u Dominikanów w Poznaniu, że zęby rosną, a w innych miejscach, że płacze; w Gosłowicach w województwie gnieźnieńskim, mając proboszcz kolatora łatwowiernego, mało oświeconego pana Łąckiego, komorzego kaliskiego, skomponował historyą, jakoby Lubrański, zmarły przeszły dziedzic Gosławic, na koniu ognistym w nocy przez sufit w izbie stanął i mówił, żeby powiedział dziedzicowi, by fundusz wrócił na utrzymanie pięciu księży do jednego kościoła, bo inaczej Lubrański za zaniedbanie tego funduszu dotychczas w czyścu zostaje; ten ksiądz mówiąc do Lubrańskiego,  że wiary mu nie dadzą o tem zjawieniu, zapewnił Łąckiego, że Lubrański obiecał w tej postaci, w jakiej mu się pokazał, stanąć na komisyi, jakoż Łącki i prymasa Łubieńskiego komisyią  wyrobił; jam widział i czytał książkę opisującą to zjawienie.

Nie było domu magnatów lub majętnego obywatela, żeby po śmierci pana lub pani, dusza nie pokazywała się to księżom, to sługom obojga płci, to zakonnikom bawiącym w tym domu, i nie żądała by sukcesorowi czynili fundusze i hojne ekspensa na nabożeństwa, ku poratowaniu jej zbawienia; częstokroć te dusze zostawiały znaki wypalonej na stołach ręki i straszyły swem pokazywaniem się ludzi i kobiety łatwowierne i bojaźliwe. Obywatele przykładem Augusta III bawili się polowaniem, a żony ich jeździły z odpustu na odpust, odwiedzając miejsca cudowne, miały one na czele księdza, a lud z chorągwiami z różnych klas złożony, wraz z żebrakami i kalekami z wszech stron zebrany im towarzyszył. Na każdym odpuście w kościele widzieć można było opętanych, krzyczących głosem przeraźliwym i po kilka słów mówiących różnymi językami, napastujących kobiety, które postraszone mdlały lud dostawały słabości; tu znowu księży egzorcystów , zaklinających czartów opętanych do milczenia, a kiedy na nich kładli relikwie lub wodą święconą kropili, niesłychany krzyk i jęk i ryk wydawali, i w ciele kontorsje i łamaniny robili.

 

 

 Stan moralności w Prusach Zachodnich (O. Kolberg 1871)

 Kilka lat temu Prusy Zachodnie były wzorcem wstrzemiężliwości. Duchowieństwo miejscowe przygotowało długoletnią pracą grunt serc, reszty dopełniły misje. Liczne bractwa wstrzemiężliwości  rozpowszechniły się po wszystkich parafiach katolickich, a czujność duchowieństwa pielęgnowała troskliwie ten drogi nabytek. Przypadły wojny - jedna, druga, trzecia. Po każdej z nich pogarszała się wstrzęmiężliwość ludu, że zepsucie szło od ludzi powracających ze szeregów i obejmowało szybko szersze koła. Dziś, gdy w stosunkach pieczy pasterskiej po wielu parafiach nastąpił niemały zamęt, złe z używania gorących trunków występuje coraz grożniej w wielu okolicach. Do tego przyczyniło się fabrykowanie najpodlejszych mieszanin, których główna podstawą jest spirytus, a które spekulacja podsuwa ludowi pod nazwą wina, esencji itp., niby to nie palonych i zdrowiu służących trunków. Handel nimi jest w ręku niesumiennych Żydów i nie - Żydów, ale zawsze wyzyskiwaczy przebiegłych nie znających żadnych względów oprócz zysku. Budowa dróg żelaznych i żwirowych naprowadziła gromady wszelakiego motłochu ze wszech stron świata w okolice nasze, a motłoch ten z moralnej brzydoty szczególniej odznacza się pijaństwem. Z boleścią postrzegamy, że przy odpustach zaginęła po części w niektórych okolicach trzeżwość, która była dumą naszą długie lata.

Ks. Tomicki w dziełku: Mądry Wach,mówi: - Ale kochany sąsiedzie - wtrącił się Piotr Skiba, gdy Wach kawę potępiał- ja jestem za kawą, bo widzi Bóg , że wolę polewkę, ale bym tak znowu kawy nie potępiał, Byłem ja w Prusach koło Gdańska, tam patrzałem się na własne oczy, jak po stu robotników w boru pracuje, a każdy z nich przyniesie z sobą kawy w butelce, w boru ją zagrzeje i z kawałkiem chleba ma silne pożywienie. Ale za to, powiadam wam, wódki tam wcale nie znają, że świecą byście jej tam nie znależli, wstrzęmieżliwość tam wzorowa, a chłopy wszystko silne i zdrowe, jak panie każ. Na to proboszcz: - Dobrze mówi Wach, a i ja wódki nie cierpię. Lecz zdarzy się niekiedy, że niestrawność w sobie czuję albo coś mnie ciśnie, natenczas wypiję mały kieliszek mocnej wódki, co to , powiadają robaka wygryzie. Wypijcie sobie czasami, kiedy konieczna tego zajdzie potrzeba, kieliszek dobrej wódki , ostrej czystej, a będziecie zdrowi. Ale nie trzeba wymyślać potrzeby ( gdzie jej nie ma) bobyśmy przez to samych siebie oszukiwali - a to jest grzechem.

 

 

O Kaszubach

 

Każdy chwali swoją ziemię,

Swoją chatkę, swoje plemię.

Ja nie miałbym swojej chwalić

I od wzgardy jej ocalić,

gdym Kaszubą z łaski Boga,

matką moją Polska droga?

 

 

Choć bogatsze inne kraje,

Choć wszystkiego im dostaje,

To i u nas jeszcze przecie

Na Kaszubach głód nie gniecie;

Z roli naszej mamy żytko, mamy wszystko.

 

 

Nie prawda, dawnych barci,

Lecz nam jeszcze miodu starczy

Do wypitki na wesele,

Wosku na świeczkę w kościele,

W lesie jeszcze zwierza zgoni,

A Kaszuba świadom broni.

 

 

U nas wioski ni zagrody

Nie znajdziesz bez rybnej wody,

Więc o rybę tu nie bieda,

Mnóstwo ich się jeszcze sprzeda;

Niech to wszystkim Gdańsk wyjawi,

Ile ryb on naszych strawi.

 

 

A do tego skarb nie lada

Ziemia w łonie swym posiada:

Bursztyn, złotu przyrównany,

Już Fenicjanom znany,

Co z naszymi prapradziady

kupcząc , mieli on układy.

 

 

Nasza szlachta nie parciana,

Pod Wiedniem za króla Jana

Turka dzielnie gdy gromiła,

Szlachectwo swe wysłużyła,

Co kapuzy poświadczają,

Bo początek swój stąd mają.

 

 

Lud wesoły przy robocie,

Choć pracuje w czoła pocie,

A w kościołach swych drewnianych

I szkudłami pobijanych

Społem chwali Boga szczerze,

Zawsze stałym w ojców wierze

 

 

Jest wszystkiego, więc po trosze,

Jest dobytek, są i grosze.

Toteż co rok za te dary

Idzie złożyć na ofiary

Do Wejrowa procesyja,

Że Kaszubom Bóg tak sprzyja.

  Oskar Kolberg , Pomorze

....................................................................................................................................................................................................

 Skoro wspominamy obyczaje, przyjrzyjmy się obyczajom starożytnych Rzymian.



Uczta Bachusa

Uczta Bachusa , (obraz, Rubensa)



Bachanalia ( obraz, Rubensa 1577 -1640)



Dionizos, z łacińska Bakchus, bóg winnej latorośli i wina, otoczony bachantkami i satyrami.(Obraz A. Carracci 1560 - 1609)

Opis święta Dionizosa

 ...Zadziwieni patrzyli Satyrowie na liście i owoce Bakchusa. A on powiada do nich: „Zrywajcie dojrzałe grona! Wy pierwsi będziecie deptać kiście, których mocy jeszcze nikt nie zna!: - Ledwie to rzekł, już oni łapczywie zbierają owoce winnicy, w wielkich koszach je niosą, gromadzą w wydrążonych głazach, aby co rychlej stopami żwawymi je deptać. Na szczytach wzgórz winobranie: rozpryskują się grona pod ciosami bosych stóp, sok purpurowy na piersi włochate bluzga. Zuchwała to czereda, Satyrowie! Wnet chwytają puchary, jakie tylko pod rękę się nawiną. Jeden znalazł kubek, drugi  pije z zakrzywionego rogu, inny ręce stulił i z własnych dłoni  sobie czarę uczynił. Ten się pochylił i z samej beczki kamiennej wino chłepcze, głośno mlaskając. Tamten zanurza w kadzie swe cymbały dżwięczne. Jeszcze inny na plecach się kładzie i z rozgniatanych gron słodki sok wprost do gardła wyciska; lecz wino pieni się w gardle, z oszołomionych ust wypływa, na ramiona i na pierś chlusta. Teraz wszędzie tylko zabawa, wszędzie pieśni i swawolne pląsy! Bo wino już i żądzę miłosną w Satyrach wznieca. Już biegną za Nimfami. Uciekają płochliwe dziewczęta, ledwie mogą się wymknąć. Ten za włosy chwyta, ten za szatę powiewną... A wśród całej zabawy Bakchus, bóg zrodzony z Zeusa, też rozgniatał grona stopami, berło winoroślą wieńczył, czarę wina podsuwał paszczy rysia.

                                                                     (Nemensianus, Eklopa III)

 Żwawym krokiem sam tu zejdż do kadzi! O, Władco boski

Dionizosie! Przewodnikiem bądż w tej pracy nocnej!

Zzuj sandały ze swoich stóp dumnych, podwiń suknię nad

Kolana, tańcz! Przebudż ducha pląsów, sługę twego!

I do beczek pustych, Władco boski, wino lej radosne!

- a w darze placek weżmiesz - i kózkę kudłatą!

                              (Mencjusz Kwintus , Ant. Pal. IV  403)

 

Była to ludowa pieśń obrzędowa i towarzyszące jej tony muzyki i taniec szalony, orgiastyczny, podczas świąt Dioniziosa. ( L. Winniczuk).




Opis takiej uczty w postaci fragmentu dzieła Petroniusza ( dworzanina Nerona) pt. Satirikon obrazujące obyczaje w dobie Nerona. Tytuł brzmi „ Uczta Trymalchjona".



Ten Trymalchjon, niegdyś niewolnik, głupi, próżny, śmieszny dorobkiewicz, gości u siebie towarzystwo ludzi różnych warstw społecznych i różnej inteligencji.

Na koniec położyliśmy się na kanapach ( Rzymianie ucztowali leżąc na boku na kanapie,  przy biesiadnym stole. Kobiety siedziały na krzesłach obok stołów, jeżeli je dopuszczono). Niewolnicy przynieśli wodę chłodzoną śniegiem, polali nią ręce biesiadnikom. Inni myli im nogi i obcinali paznokcie, równocześnie przy tym śpiewając. Po chwili wniesiono przekąski dla zaostrzenia apetytu. Przekąska składała się z korynckiego miętusa, na którego grzbiecie leżały misterne sakwy, w których z jednej strony znajdowały się czarne, z drugiej białe oliwki. Ryba ta spoczywała na dwu półmiskach, z których każdy miał wyryte na brzegu nazwisko Trymalchjona, oraz wagę srebra. Na małych talerzykach, bramowanych stalą, leżały szczury, marynowane w miodzie i posypane makiem. Dalej w srebrnych koszykach mieściły się gorące kiełbaski, a obok nich stały śliwki syryjskie i ziarnka jabłek punnickich. Gdyśmy się rozkoszowali smacznemi przekąskami, dały się słyszeć dżwięki muzyki, wśród której wniesiono samego gospodarza domu, Trymalchjona , i usadowiono go na miękkich poduszkach. Na ten widok niektórzy z weselszych gości wybuchnęli śmiechem. Łysa jego głowa wystawała zabawnie ze szkarłatnego płaszcza, a dokoła obciążonej ozdobami szyi zawiązano mu obszytą purpurowym szlakiem serwetę. Na małym palcu lewej reki miał duży złocony pierścień, a na przednim stawie sąsiedniego palca mniejszy, lecz jak mi się zdawało, szczerozłoty pierścionek, wysadzany gęsto stalowymi gwiazdkami. Ażeby więcej jeszcze pokazać swych bogactw, obnażył prawe ramię, które było ozdobione naramiennikiem i bransoletą z kości słoniowej zamykającą się za pomocą błyszczącego łańcuszka.

„Przyjaciele - rzekł niedbale Trymalchjon, czyszcząc sobie zęby srebrną wykałaczką - jeżeli mam prawdę powiedzieć, to mi jeszcze nie chciało się przybyć do sali jadalnej, ażeby was jednak przez nieobecność nie skazywać na wyczekiwanie, zrzec się wolałem własnej przyjemności. Pozwolicie mi jednak, że skończą zaczętą partyjkę". Gdy nasz gospodarz zajął się grą , a my dojadaliśmy reszty przekąsek, wniesiono serwis z okrągłym koszykiem, w którym znajdowała się drewniana kura z rozpostartemi skrzydełkami, zupełnie tak, jakgdyby siedziała na jajach. Jednocześnie ukazali się dwaj niewolnicy i wśród ogłuszającej muzyki zaczęli przetrząsać podścielisko kuru i znalezione w nim jaja pawie rozdawać gościom. Trymalchjon odwrócił głowę od warcabnicy i rzekł: „Przyjaciele! kazałem pod kurę podłożyć jaja pawie, lecz na Herkulesa! Jestem w strachu, czy się już nie zalęgły. Bądż co bądż spróbujmy, czy się jeszcze naco przydadzą". Wzięliśmy wtedy do rąk srebrne łyżki, z których każda ważyła co najmniej pól funta, i zaczęliśmy przebijać skorupy z jaj, sporządzone, jak się okazało, z mąki nasyconej tłuszczem. Co do mnie, o małom nie upuścił swojej porcji na ziemię, gdyż na pierwszy rzut oka byłem pewny, że wewnątrz utworzyło się coś na kształt pisklęcia. Zapuściłem głębiej łyżeczkę i znalazłem ze zdumieniem tłuściutką figojadke, a wkoło niej żółtko, zaprawione pieprzem. Przy winie wśród pogawędki uczta trwała dalej. Skoro bowiem sprzątnięto ze stołu, przy akompaniamencie muzyki wprowadzone zostały do sali trzy białe świnie, ustrojone wstążeczkami i dzwonkami. Niewolnicy, którzy je wprowadzili, mówili, że jedna ma dwa lata, druga trzy, a trzecia , najstarsza sześć. Trymachljon zapytał? „ Którą  z tych świń życzycie sobie mieć przyrządzoną natychmiast?  Nie czekając na naszą decyzję, kazał przywołanemu kucharzowi przyrządzić świnię najstarszą. Zagroziwszy kucharzowi surową karą, jeżeli z zadania nie wywiąże się prędko i dobrze. Czas jakiś upłynął na wesołej pogawędce, w której gospodarz popisywał się marnym dowcipem, a goście się śmiali się, gdy wtem...-

Olbrzymia taca z odpowiedniej wielkości wieprzem zajęła stół biesiadny. Wszyscy jęliśmy podziwiać pośpiech kucharza i przysięgać, że w tak krótkim czasie niepodobnaby upiec nawet kurczęcia. Zdumienie nasze było jeszcze potężniejsze, że wieprz wydał nam się nierównie większym niż ten, którego widzieliśmy poprzednio. Trymachljon zaczął mu się przyglądać coraz uważniej, wreszcie zawołał: „ Cóż to, ten wieprz niewypatroszony?  Nie, doprawdy, niewypatroszony! Kucharzu! Wołać mi natychmiast kucharza! Kucharz stanął smutny przed stołem i wyznał nieśmiało, że zapomniał wypatroszyć. „Jak to! Co, zapomniałeś? Czyliż o tem można zapomnieć tak, o dodaniu kminu, albo pieprzu? Obnażyć tego łotra!". Obnażono tego biedaka natychmiast i dwaj siepacze stanęli obok niego. Tymczasem wszyscy zaczęli za nim się wstawiać i tłumaczyć: wszak zapomnieć to rzecz ludzka. „ No! Kiedy masz taką złą pamięć, to wytnij trzewia tutaj w naszej obecności". Kucharz przyodział się, chwycił nóż i drżącą ręką w kilku miejscach rozpruł brzuch zwierzęcia. I kto by się spodziewał? Naraz z otworów, które się coraz powiększały , pod wpływem wewnętrznej zawartości, zaczęły się wydobywać różnego rodzaju kiełbasy i kiszki.

 

 Rzym, Fontanna di Quattro Fiumi na placu Navona. Symbolizuje cztery wielkie rzeki z czterech kontynentów.

 

Średniowieczny turniej rycerski, odbywajacy się na Palatynie w tak zwanym Hipodromie Domicjana.


oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  147 322  

O moim forum

Mam nadzieję, że to forum będzie miejscem gdzie wiele osób mających coś do przekazania, zechcą się podzielić z nami czytelnikami. W szczególności zależy mi na społeczności gminy Przodkowo.

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości